Patronat medialny:
PRZECZYTAJ RECENZJĘ PRASOWĄ TEJ KSIĄŻKI -otwórz-
Życie we dwoje postawione jest często pod znakiem zapytania z powodu niezliczonych wymagań i frustracji. Chcielibyśmy mieć wszystko: bezpieczeństwo i urozmaicenie, trwałość i wolność, zmysłowość i czułość. Zdarza się jednak, że oczekiwania oraz nasze przeświadczenia na temat życia miłosnego mogą stać się przeszkodą w związku małżeńskim.
Siłę i inspirację potrzebną do tego, by realizować się w związku i mieć przy tym przestrzeń dla siebie Autorka proponuje czerpać z filozofii zen.
Ćwiczenia, refleksje i rady zebrane w tej książce zapraszają do pewnego eksperymentu - nowego sposobu bycia razem i nowego spojrzenia na siebie samego.
Tu i teraz możesz posmakować nieskończonego bogactwa życia w związku.
Flavia Mazelin Salvi - dziennikarka specjalizująca się w psychologii. Studiuje i praktykuje zen od ponad dziesięciu lat.
Dwa zwierciadła oświetlają siebie wzajemnie.
Ci, co są nieszczęśliwi szukali własnego szczęścia;
szczęśliwi są Ci, którzy szukali szczęścia drugiego.
Każda okazja
jest najlepszą okazją.
Kiedy człowiek patrzy na kwiat,
kwiat uśmiecha się.
Traktowanie każdego spotkania
jak pierwszego i ostatniego
pozwala strząsnąć pył
z naszych oczu
i zasłonę nawyków
z naszego umysłu. Spis treści:
Prolog 9
Wprowadzenie 11
I. Twarzą w twarz z lękiem. 17
1. Neutralizacja ego 21
2. Rozwianie iluzji 29
3. Osiągnięcie wewnętrznego spokoju 37
4. Traktowanie siebie z szacunkiem 49
II. Akceptacja tego, co jest. 57
1. Prawdziwe zaangażowanie 63
2. Rozpoznanie w partnerze najlepszego z partnerów 71
3. Przyjęcie postawy początkującego 81
4. Przejście przez konflikty 91
III. Troska o związek . 101
1. Przekształcenie związku w dojo 105
2. Ćwiczenie uważności 115
3. Twarzą ku ścianie 123
4. Stawiając na stałość 129
5. Porozumienie duszy z duszą 135
IV. Kochać z miłością . 143
1. Nieprzywiązywanie się 147
2. Kultywowanie współczucia 153
3. Umiejętność dawania i umiejętność otrzymywania 159
4. Zachowanie determinacji 165
5. Stać się tenzo na swój rachunek 171
Historia na drogę 181
Mały glosariusz buddyzmu zen 183
Bibliografia 187 Fragment
Rozpoznanie w partnerze najlepszego z partnerów
Każda sposobność jest najlepszą sposobnością.
Koan
Dla tysiąca powodów, świadomie lub nieświadomie, wybraliśmy życie z tym, a nie innym mężczyzną lub kobietą. Uniesienie pierwszych chwil być może osłabło z czasem. Życie codzienne mogło zatrzeć złoty obraz miłosnego związku, a nadejście jednego lub więcej dzieci zmieniło parę w rodzinę, przydając nieco ograniczeń. Jednakże mamy przed sobą i przy sobie właśnie tego mężczyznę czy kobietę. To jemu lub jej powiedzieliśmy tak. Na miesiąc, na dziesięć lat, na całe życie...
Wielu z nas przywołuje z nostalgią złoty wiek swojego związku. Ten błogosławiony czas, kiedy ciała i słowa były jednym. Bez nieporozumień ani gaf. Złoty wiek, kiedy to najdrobniejsze pragnienia były spełniane przez partnera, którego jedyną ambicją zdawało się być uszczęśliwianie nas. Błogosławiony czas, w którym jak syte, rozpieszczane niemowlęta krzyżowaliśmy palce, aby odsunąć wszelki cień od naszej słodkiej kołyski. Błogosławiony czas, gdy rzeczywistość ze swymi lodowatymi dłońmi nie mogła nas dosięgnąć.
Później, po złotym wieku, przyszedł czas z kamienia. Trudne czasy, kiedy to słowa trzeba niestrudzenie dobierać, aby były zrozumiane przez drugą stronę, kiedy to ciała stają się cięższe i niezręczne w obecności partnera. Dzisiaj zdarza się, iż patrzymy na tego mężczyznę czy kobietę z niedowierzaniem: Czy to naprawdę on, czy to naprawdę ona sprawiała, że serce moje biło tak mocno?
Dzisiaj ten mężczyzna czy kobieta wydają się czasem obcy, w stopniu, w jakim zapytujemy siebie, czy warto jeszcze kroczyć razem. Czyżbyśmy się pomylili tak bardzo? Czy byliśmy rzeczywiście tak ślepi i głusi?
Może tak a może nie. Skąd można wiedzieć? Jedyna rzecz, jakiej jesteśmy teraz pewni, to obecność tegoż mężczyzny czy kobiety w naszym życiu. Słynny koan zen mówi: Każda sposobność jest najlepszą sposobnością. Oto istotna nowina, która może nam dodać nadziei. W jej świetle nie wszystko jest przegrane ani stracone. Ale postarajmy się ją dobrze zrozumieć. Ten koan nie wychwala optymizmu. Nie mówi on bynajmniej, że każda sposobność ma w zanadrzu prezent-niespodziankę, raczej uczy, w perspektywie filozofii zen, iż każda sytuacja, jaka nam się przydarza, jest dokładnie tą, której potrzebujemy, aby się rozwijać. Każda sytuacja. Przyjemna czy nieprzyjemna.
Za szybko się ucieszyłem, myślicie. Ostatecznie każda sposobność jest najlepszą sposobnością, jest uprzejmą formą, aby mi powiedzieć, iż mam tylko to, na co zasługuję! A jednak nie, nie ma tu mowy o nagrodzie ani karze, ale o okazji do tego, żeby szerzej otworzyć oczy na siebie. Kiedy stajemy twarzą w twarz z nieprzyjemną sytuacją albo mówimy sobie Zasługuję na coś więcej!, albo przeciwnie - poddając się: To mnie nie dziwi, na to właśnie zasłużyłem.
Te dwie reakcje świadczą o naszym systematycznym odwoływaniu się do moralnego osądu. Mierzymy wydarzenia naszego życia według systemu wartości rozdającego kary i nagrody. Tym sposobem, zajęci osądzaniem siebie, pozbawiamy się własnych wewnętrznych zasobów, wewnętrznego bogactwa. W rzeczywistości każda sytuacja, jaka się nam przydarza, informuje nas o tym, dokąd doszliśmy i daje nam możliwość wyboru, czy kontynuować naszą drogę, czy ją zmodyfikować. W tym właśnie mój partner jest najlepszym z partnerów, po prostu dlatego że mówi mi, gdzie jestem w moich relacjach ze sobą samym i moich relacjach z innymi.
Wiemy, iż w miłości nieświadomi szukają siebie wzajemnie i że się znajdują.
Co mówi o nas wybór partnera, który jest symbiotyczny, dominujący lub niewierny? Co próbujemy na nowo zobaczyć w tym, co w naszej osobistej historii stało się kolejnym konfliktem? Jakie korzyści znajdujemy w tej relacji, która nas zresztą nie satysfakcjonuje? Bez tych dogłębnych pytań, nie mamy innego wyboru, jak pozostać związanym z tą osobą do chwili, gdy będziemy mieć ostatecznie dość albo też odejść bez zrozumienia, co było rzeczywistą podstawą relacji.
Ujrzenie w swoim partnerze części własnej, osobistej układanki pozwala jaśniej zobaczyć samego siebie i pozwala położyć kres, jeśli to konieczne, danej relacji bez ryzyka, że odegramy znowu tę samą partyturę z inną osobą.
Rozpoznanie w swoim partnerze najlepszego z partnerów pozwala również zapytać siebie, tu i teraz, o naszą odpowiedzialność za to, co jest źródłem braku satysfakcji.
Chcielibyśmy otrzymać więcej troski, ale nie obdarzamy nią naszego partnera. Jesteśmy sfrustrowani, smutni, rozgniewani. Jest to usprawiedliwione. Jednakże, zamiast żywić naszą frustrację czy gniew, czyż nie byłoby korzystniej i sprawiedliwiej zacząć od zadania sobie pytania o naszą potrzebę troski i względów?
Równie dobrze może się okazać, iż nasze oczekiwania pokrywają ogromne pragnienie uznania, oczekiwanie uczuciowego zadośćuczynienia za rany doznane w przeszłości. Może się również okazać, iż to oczekiwanie maskuje nasz własny brak względów dla partnera albo jeszcze inaczej - że nasze względy okazywane nadmiernie drugiemu mają nieświadomie na celu wykazanie jego braku wspaniałomyślności.
Z chwilą, gdy prawdziwe oblicze zjawiska ukrytego w naszych oczekiwaniach ukaże się jaśniej, możemy spróbować na początek znaleźć samodzielnie sposób na ich zrealizowanie.
Na tym etapie osobistych poszukiwań czujemy zazwyczaj, że nasz gniew i zmartwienie żywione wobec drugiej osoby tracą na sile. Sam na sam ze sobą czujemy się może słabsi, ale zaczynamy jednocześnie czuć się odpowiedzialni w prawdziwym tego słowa znaczeniu - co nie oznacza bynajmniej: winni w sensie moralnym - za to, co nas spotyka.
Przestajemy wówczas kierować całą uwagę i nasze oczekiwania ku drugiej osobie, aby powrócić do siebie, ku całkowicie osobistej percepcji naszych potrzeb, nie czując się kozłem ofiarnym. Gdy mamy uczucie, iż naprawdę troszczymy się ze swej strony o relację, która do nas powraca, możemy spokojnie i bez urazy rozmawiać z drugą osobą o tym, czego nam brak lub co nas rani. Ale nie wcześniej. Nie wtedy, gdy jeszcze myślimy, że pomyliliśmy się w wyborze partnera, nie wtedy, gdy jesteśmy nadal pewni, że jesteśmy warci więcej niż nasz związek.
Uznanie swojego partnera za najlepszego z partnerów nie oznacza konieczności pozostania z nim wbrew wszystkiemu. Jeśli więzy mają się pewnego dnia rozwiązać, czyż nie lepiej mieć przekonanie, że doszliśmy do końca tej drogi, jaką mogliśmy kroczyć razem, podejmując odważnie swoją połowę odpowiedzialności?
Czyż nie lepiej zanurzyć się w sobie, odkrywszy swoją własną strefę cienia niż kultywować złudzenie, że niczego w nas nie trzeba stawiać pod znakiem zapytania?
Bez tego zejścia w głąb siebie, ku niespokojnym wodom naszych oczekiwań i lęków, nie możemy kontynuować odwiecznego poszukiwania partnera idealnego. Liczne opowiadania zen mówią o rozczarowaniu, jakiego doznał uczeń w obliczu mistrza przy pierwszym spotkaniu. We wspaniałym opowiadaniu, równie zabawnym jak wzruszającym, Soko Morinaga odtwarza swoją duchową drogę u boku swojego mistrza Zuigana.
Zapukawszy do bram licznych świątyń, znalazł się przed świątynią Daishu w Kyoto. Stary człowiek otwiera mu drzwi, a on przedstawia mu, bełkocząc, swoją prośbę.
Mistrz słucha go cierpliwie, po czym mówi:
Słuchając pana, zrozumiałem, że osiągnął pan stan, w którym nie jest pan zdolny już w nic uwierzyć. Tymczasem nie może być rzeczywistej praktyki, jeśli się nie wierzy w swojego mistrza. Czy może pan we mnie uwierzyć? Jeśli tak, zabieram pana do siebie od razu, tak, jak pan stoi. Ale jeśli nie, pozostawanie tutaj byłoby stratą czasu i radziłbym panu wrócić natychmiast tam, skąd pan przybył.
Soko waha się, nie czując się gotowy, aby bez przygotowania obdarzyć całym swym zaufaniem nieznajomego.
Mistrz miał 70 lat i mówiłem sobie: Ty stary głupcze! I cóż? Widziało się na tym świecie ludzi ważnych na czele świątyń Myoshin i Daitoku, którzy nie byli wiele warci. Jeśli byłoby tak łatwo bezwarunkowo komuś zaufać i gdybym mógł zaufać bezwarunkowo komuś, kogo dopiero co poznałem, to dlaczego nie zjawiłem się tu wcześniej?
Czyż nie przyszedłem tu właśnie dlatego, że nie jest mi łatwo uwierzyć w cokolwiek?
Te refleksje krążyły w mojej głowie, ale rozumiałem od początku, że jeśli je wypowiem na głos, usłyszę natychmiast: W takim razie traci pan tutaj czas. Proszę wrócić, skąd pan przyszedł.
Przeczuwając, że ten człowiek pozwoli mi zostać u siebie, jeśli wypowiem te słowa, nawet nieprawdziwe, odpowiedziałem: Wierzę w pana. Proszę mnie przyjąć do siebie.
W owej chwili nie pojmowałem wagi słów: Wierzę w pana. Zanim nadszedł wieczór, otrzymałem swoją pierwszą lekcję.
Kłamstwa, uprzedzenia, oto początek tej relacji, zupełnie nie w duchu zen dla przyszłego mistrza! Roshi z pewnością nie dał się zwieść, świadomy wewnętrznej walki Soko, jego wahania oraz hipokryzji, gdy prosił o przyjęcie. Jednak drzwi zostały przed nim otwarte. Cała mądrość starego Zuigana wyraża się w zdaniu Zabieram pana natychmiast tak, jak pan stoi.
Dzień po dniu Soko będzie praktykował, czasem w dobrym nastroju, a czasem pełen urazy. W końcu odkryje, że Zuigan był najlepszym z mistrzów, dokładnie tym, który był mu potrzebny w tym momencie życia, aby uwolnić się od przesądów i odzyskać swe siły, znajdując w sobie niezbędne zasoby.
Jeśli byłoby tak łatwo komuś bezwarunkowo zaufać, skarżył się Soko, zanim doświadczył tego, że nie ma nic prostszego niż to.
Ponieważ obdarzając całym swoim zaufaniem drugiego, decydujemy się zawierzyć sobie. To sobie dajemy środki, aby wyjść z utartych szlaków, aby wkroczyć na dziewiczą ziemię.
W tym celu raz jeszcze warto zrozumieć, że nasz partner jest najlepszym z partnerów. W każdym razie tu i teraz. |